"Epilog"
3 miesiące później
Ostatnie trzy miesiące ciąży Zlatan nosił mnie na rękach i spełniał każą, nawet najgłupszą z moich zachcianek. Pewnego wieczora leżał wykończony po meczu PSG z Chelsea , gdy obudziłam go energicznym szarpaniem.
- Zlatan... Zlatan kochanie obudź się!
Zerwał się stając przy łóżku niemal na baczność, jego kruczoczarne włosy sterczały we wszystkich kierunkach. Zawsze tak było, gdy mył je przed snem i zasnął nie zawiązawszy ich gumką.
- Co się stało?! Kochanie czy to już?!- spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem.
- Nie, ale jestem okropnie głodna. Mógłbyś przynieść mi pierogi ruskie?- zapytałam uśmiechając się do niego. Na jego twarzy wymalowała się ulga.
Uwielbiałam pierogi ruskie a tylko dwie knajpy w Paryżu potrafiły je zrobić tak jak lubiłam.
Mój narzeczony(tak zaręczyliśmy się, ale nie będę wam mówić gdzie, podpowiem że było to miejsce do którego miałam już nigdy nie wejść) popędził do polskiej dzielnicy błagać kucharza żeby o drugiej w nocy ugotował mu mój ulubiony specjał.
Za to go kochałam. Nie był ideałem, bo tacy ludzie nie istnieją. Przez trzy miesiące naszego wspólnego mieszkania odkryłam wiele jego wad. Był niezwykle wybuchowym człowiekiem, rozwalał po mieszkaniu brudne ubrania a jego torba treningowa mogła stać na środku salonu i zaśmierdnąć, gdyby nie moje interwencje.
Nie lubił się także z Hugiem, który notorycznie obsikiwał pozostawione samopas części garderoby Zlatana.
Nasze życie było idealnie niepoukładane.
Kilka dni po mojej nocnej wyżerce zaczęłam rodzić. Zlatan postawił na nogi pół kliniki, sam na przemian krzycząc i blednąc. Nasze matki nie zdążyły przyjechać na czas, ale pojawiły się dwadzieścia cztery godziny później gdy lekarz oznajmił przerażonemu Ibrahimoviciowi, że został ojcem ślicznej córeczki.
Pielęgniarka wprowadziła Zlatana do sali gdzie leżałam, był bladziutki, ale gdy pierwszy raz wziął Vesnę na ręce zakochał się od razu.
Mała dostała imię po jego prababci na pamiątkę jego bałkańskich korzeni.
Dziewięć miesięcy później.
Ostatnim akcentem mojej i Zlatana historii niech będzie opis naszej podróży poślubnej.
Wzięliśmy w końcu skromny ślub w mojej rodzinnej miejscowości. Przyjęcie dla znajomych wyprawimy jak tylko wrócimy z wakacji. Właśnie leżę na łóżku w pokoju rozświetlonym przez jukatańskie słońce. Tak jestem w moim ukochanym Meksyku, który ujął mnie zanim jeszcze go ujrzałam. Mała śpi w kołysce a Zlatan poszedł po coś do picia. firanki falują unoszone przez łagodne podmuchy wiatru.
Wczoraj kochaliśmy się w słońcu tak jak to sobie obiecywaliśmy. Może to zabrzmi głupio, ale najbardziej lubimy to robić w ciemnościach. Mamy jakieś wspomnienia z tej przeklętej windy.
Mam nadzieję, że będziemy żyli długo i szczęśliwie zdala od katastrof windowych.
Amelie
PS. Tutaj Zlatan! Miałem ochotę nazwać naszą pociechę Winda, ale Amelie się nie zgodziła. :D
Koniec
___________________________________________________________________________
Dobrnęłyście do końca mojego pierwszego pięciopartu. Dziękuję Wam za komentarze i wiele ciepłych słów. Każdy gest sympatii jest dla mnie niezwykle motywujący i przypomina mi dlaczego właściwie uwielbiam pisać :D
Żegnamy się ze Zlatanem i Amelie, ale mam dla Was niespodziankę. Dzisiaj powstał pierwszy rozdział mojego nowego opowiadania. Jest nazwany pięciopartem, ale nie wykluczam że może być ciut dłuższy. Temat jest dość skomplikowany. Jak zwykle miałam przed senną wizję i wprost musiałam przelać to do Worda.
Zapraszam Was serdecznie na opowiadanie El santo in fierno!
W rolach głównych Iker Casillas i Xabi Alonso!
Buziaki Fiolka :*
wtorek, 15 stycznia 2013
piątek, 11 stycznia 2013
Rozdział czwarty
Tears in Heaven
Dwa dni później...
Miałam piękny sen. Leżałam ubrana w kolorową sukienkę na łące ozdobionej przepięknymi, wielobarwnymi kwiatami. Czułam ich intensywny zapach, krople rosy pieściły moją rozpaloną od słońca skórę.
Wokół mnie fruwały ptaki a w niedalekiej odległości strumień wesoło szemrał przepływając przez kamieniste dno.
Wszędzie było światło, którego tak bardzo łaknęłam. Zamknęłam oczy rozkoszując się ciepłem, gdy nagle ktoś położył mi rękę na ramieniu. Dotyk dłoni wprowadził moje ciało w przyjemne drżenie, podniosłam powieki ujrzawszy nad sobą parę ciemnych oczu. Biła z nich siła i zdecydowanie. Byłam pewna, że było to spojrzenie mężczyzny...płonęłam jakimś wewnętrznym ogniem, którego nie dało się we mnie ugasić. Jeszcze raz zamknęłam powieki, czując się nago, chociaż nadal miałam na sobie sukienkę.
Leżałam w oczekując na to co miało za chwilę się wydarzyć. Wargi właściciela nieziemskich tęczówek w łagodnej pieszczocie opadły na moje usta.
Jego język wtargnął do wnętrza moich ust prowadząc mój własny do wspólnego tańca. Zatopiłam się cała w tym doznaniu czerpiąc rozkosz a delikatny wiatr nad moją głową chłodził moje rozpalone ciało. Delikatne dłonie nieznajomego zaczęły sunąć po moim ciele doprowadzając mnie na skraj obłędu. Gdy jedna z dłoni zawędrowała pod moją sukienkę otworzyłam oczy.
Zdyszana leżałam na szpitalnym łóżku widząc nad sobą moją matkę. Zamrugałam chcąc przyzwyczaić oczy do sterylności i bijącej po oczach nieskazitelnej bieli.
- Gdzie ja jestem?- zapytałam, chociaż zdawałam sobie sprawę, że jest to szpital.
Moja matka pochyliła się nade mną a na jej delikatnej twarzy widać było zmęczenie i ból.
- W szpitalu Amelie.-odpowiedziała głaszcząc mnie delikatnie po policzku.
Nie zapytałam co się stało, bo wspomnienie windy, dotyku Zlatana i wreszcie wypadku tkwiło głęboko w mojej podświadomości.
- Mamo... czy on... czy mężczyzna z widny żyje?- zapytałam czując jak coś zaciska moje gardło.
Matka przysiadła na krześle obok mnie głaszcząc moje złote włosy. Zawsze robiła tak kiedy chciała powiedzieć mi coś ważnego.
Bałam się! Cholernie bałam się, że Zlatan nie przeżył upadku kilkadziesiąt pięter w dół. Sama nie mogłam się nadziwić, że jednak żyję i rozmawiam z moją mamą.
- Z tego co wiem żyje. Mieliście oboje wiele szczęścia. - odpowiedziała moja rodzicielka.
Odetchnęłam z ulgą. Żyje. Oboje żyjemy!
Nie nagadałam się długo, bo moja prawa dłoń zaczęła pulsować bólem nie do zniesienia. Mama wezwała pielęgniarkę, która podała mi leki przeciwbólowe. Rozmawiały przez chwilę w ciszy. Dowiedziałam się, że na Paryż napadła grupa ekstremistów muzułmańskich. Chcieli doprowadzić do zawalenia się hotelu, jednak źle wycyrklowali ładunek wybuchowy. W gruncie rzeczy wysadzili generator prądu, przez co doszło do spalenia się instalacji elektrycznej, czego skutkiem był wypadek w windzie.
Zasnęłam spokojna.
Kilka dni później.
Dzisiaj opuszczam szpital. Miałam dwie operacje ręki, która została złamana w trzech miejscach. Dzwonił do mnie Jean Pierre, miała dostać tyle urlopu ile będzie wymagała tego moja rehabilitacja. Zapytałam lakonicznie o mojego klienta.
Szef wyjaśnił mi, że piłkarz ma kontuzję i na razie jego sprawy przejmie w moim imieniu Sophie...
Sophie to młodsza ode mnie wysoka brunetka z szafirowymi oczami. Była ulubienicą zarządu i potrafiła pozyskać dla firmy najtrudniejszych klientów.
W każdej innej sytuacji byłabym wściekła, że to ona zajmie się Gustavssonem. Dzisiaj było mi to całkowicie obojętne. Byłam zmęczona a moja chęć do życia osłabła z dnia na dzień. Pierwszy miesiąc po wypadku spędziłam u moich rodziców. Oboje dbali o mnie, pojawił się także mój starszy brat. Nie czułam się jednak dobrze. Cały czas myślałam o Zlatanie, przeglądając strony internetowe w poszukiwaniu chociażby wzmianki o wypadku. Byliśmy tylko dwiema ofiarami, które miały ogromnego pecha.
Po miesiącu postanowiłam wrócić do siebie. Paryż był teraz moim domem i tylko tam mogłam odzyskać spokój. Przeszłam zabieg wyciągnięcia metalowych mocowań z dłoni. Moja ręka odzyskała jakąś tam sprawność, ale dalej musiałam znosić bolesne zabiegi, przez co nie mogłam pracować.
Jean Pierre zaproponował, żeby wyjechała wypocząć.
Ponieważ Meksyk leżał po drugiej stronie Atlantyku wybrałam południe Francji. Snułam się po uliczkach Saint Tropez szukając ukojenia. Co noc śnił mi się Zlatan a właściwie jego oczy i dotyk. Byłam przekonana, że był posiadaczem czekoladowych tęczówek wpadających w czerń. Chciałam jeszcze kiedyś go spotkać. Tęskniłam za nim i pragnęłam go ujrzeć, dotknąć jego dłoni. Pocałować.
Gdy wróciłam z wakacji zorientowałam się, że noszę pod sercem owoc namiętnej nocy ze Zlatanem. W pierwszym momencie przeżyłam głęboki wstrząs, potem gdy powoli docierało do mnie, że będę mieć część jego i że sama zostanę matką rozpłakałam się.
Kolejne cztery miesiące poświęciłam na powrót do sprawności, marzenia o spotkaniu mojego kochanka i radość z faktu iż będę matką.
Mój brzuch z miesiąca na miesiąc rósł.
Po sześciu miesiącach od katastrofy postanowiłam wybrać się do firmy. Moja ręka była już sprawna a chciałam dogadać z Jean Pierrem moją dalszą pracę w agencji.
Ubrałam się ze szczególną starannością. Założyłam kremową sukienkę, błękitny żakiet i wysokie zimowe buty. Włosy spięłam w gustowny koczek, nie uniknęłam jednak wysmyknięcia się kilku pasm. Moja fryzura nigdy nie miała być idealna.
Weszłam do budynku nastawiona na szczerą rozmowę z moim szefem. Postanowiłam wejść po schodach, po wypadku już nigdy nie będę miała odwagi wjeżdżać windą. Gdy zmachana dotarłam na dziesiąte piętro od razu skierowałam kroki do biura Jean Pierra. Nie było jego sekretarki, więc pozwoliłam sobie zapukać i wsunąć się do gabinetu szefa. W pomieszczeniu stał Jean Pierre, Sophie i nieznajomy w błękitnych jeansach i czarnej koszulce opinającej szczupłe, acz umięśnione ciało. Z tyłu widziałam jego kruczoczarne włosy zwinięte w koka.
- Chcę żeby zajęła się mną wcześniejsza menadżerka.- odezwał się głęboki głos mężczyzny, który w dalszym ciągu stał odwrócony do mnie tyłem. W tym momencie dotarło do mnie, że posiadaczem owego głosu jest mój Zlatan.
- Amelie!- wykrzyknął Jean Pierreę. Biegł mnie uściskać... Wiedział, że jestem w ciąży, ale miał nadzieję że jeszcze przed porodem wrócę do pracy.
- To jest twój klient pan Zlatan Ibrahimowić. - pokazał mi nieznajomego z windy a ten odwrócił się do mnie.
Spojrzała na mnie para ciemnych oczu...
- Amelie?- zapytał z niedowierzaniem.
Widziałam jego wstrząśnięty wzrok gdy spoglądał na moją twarz a potem na ciążowy brzuch.
- Amelie Mercier.- przedstawił mnie Jean Pierre.
- Ale ja miałam zająć się sprawami kogoś innego. - zdołałam wykrztusić, lecz nadal wpatrywałam się w Zlatana. Wyglądał jak indiański wojownik. Był smagły i ciemnowłosy a jego wyraziste rysy wywoływały we mnie euforię. To ciemność zesłała mi tego bożka namiętności. Ja zwykła, szara Amelie kochałam się z tym człowiekiem! Nie mogłam w to uwierzyć a jeszcze większym zdumieniem napawał mnie fakt, że noszę pod sercem jego dziecko.
Nie chciałam znać płci. To miała być dla mnie niespodzianka.
- Zlatan prosił nas żebyśmy nie podawali jego nazwiska. Paparazzi, spekulacje sama wiesz. Miał wypadek pół roku temu, zresztą w tym samym czasie co ty. - paplał Jean Pierre.
Nie słuchałam go, zresztą Zlatan również.
- Jean Pierre, czy mogę porozmawiać z A...z panią Mercier na osobności?- zapytał Ibrahimović.
- Ależ oczywiście, już zostawiamy was samych!- szef zagarnął naburmuszoną utratą sportowca Sophie starannie zamykając drzwi.
Powietrze w gabinecie zgęstniało. Staliśmy oboje w dość sporej odległości zatrzymywani przez jakąś wewnętrzną niemoc. W tamten sierpniowy dzień staliśmy się dla siebie bliskimi istotami, ale dopiero dzisiaj, pół roku później ujrzeliśmy swoje twarze. Zlatan nie przerywając ciszy podszedł do mnie w kilku krokach. Zamknął mnie w ramionach, głaszcząc po głowie. Potem pocałował mnie w czoło aż w końcu jego gorące usta opadły na moje wargi.
Rozpłakałam się ze szczęścia. Istniała między nami niewidzialna nić porozumienia, unia ciał, którą wypracowaliśmy w ciemnym piekle, jakim było zamknięcie w windzie.
Całował mnie z gwałtowną namiętnością naznaczoną rozpaczą. Gdy oderwał się od moich ust głos mu się łamał.
- Amelie! Moja Amelie...tak bardzo bałem się, że nie przeżyłaś tego piekła!- wziął w swoje duże dłonie moją twarz spoglądając swoimi ciemnymi oczyma w moje jasne tęczówki. - Tak bardzo cię pragnę.- zmiażdżył moje wargi w zaborczym pocałunku. Nasze języki od razu podjęły wspólny rytm pieszcząc się nawzajem. Trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę. Przerwało nam poruszenie się w moim łonie małej istotki na która tak bardzo czekałam.
- Co się stało?- zapytał patrząc na mnie z przestrachem
- Poruszyło się.- wyszeptałam kładąc dłoń na wystającym brzuchu. Zlatan przykrył moją rękę swoją, patrząc mi głęboko w oczy.
- To owoc tamtego dnia?- zapytał, lecz brzmiało to jak stwierdzenie.
- Tak.- odpowiedziałam oblewając się rumieńcem. - To nasze wspólne dziecko. Ale nie będę wymagać od ciebie zaangażowania.- zaczęłam.
Nie chciałam go do niczego zmuszać, sama mu się oddałam i byłam gotowa samotnie wychować dziecko.
Oczy Zlatana zabłysły ze złości.
- To też moje dziecko a ty jesteś moją kobietą!- rzekł wzburzony zpowrotem przyciągając mnie do siebie. - Szukałem cię przez tyle czasu, że teraz nie pozwolę abyś ode mnie odeszła.
- Ale my się nie znamy...- zaczęłam niepewnie.
- Znamy się dobrze, nasze ciała są dla siebie stworzone. Amelie ja chcę z tobą być, nie widzieliśmy swoich twarzy, ale ja się w tobie zakochałem!- wyznawał mi a ja patrzyłam na niego zszokowana.-Tak kocham cię! Zakochałem się w tobie w tej piekielnej windzie i kochałem cię przez każdy dzień naszej rozłąki. Nie mogłem myśleć o niczym tylko o tobie. Ten koszmar trwał pół roku, proszę powiedz mi że będziesz ze mną! Powiedz, że też to czujesz!- potrząsnął mną a ja nie wiedziałam co powiedzieć. W końcu przełamałam się, tama moich tłumionych uczuć została przerwana.
-Też cię kocham!- odpowiedziałam po prostu.
Przywarł do mnie i znowu zaczęliśmy się całować. Było mi wspaniale, odnalazłam najważniejszą osobę w moim życiu. Koszmar przerodził się w piękny sen z którego nie chciałam się obudzić. Ktoś wszedł do gabinetu, lecz zszokowany szybko zostawił nas samych. Zaśmialiśmy się w głos bo oto z otulenia ciemności weszliśmy prosto w jasną przyszłość.
__________________________________________________________________________
I startujemy z przedostatnim rozdziałem. Miało być dopiero w niedzielę, ale napisałam już do końca i postanowiłam zrobić Wam niespodziankę i dodać wcześniej. Wiem, że większość z Was bała się śmierci Zlatana. Przyznam, że kusiło mnie żeby go zabić, ale jakoś nie miałabym sumienia. Jestem niepoprawną optymistką i nie przepadam za melodramatami bez happy endu. Skoro jest miłość to musi być też wyrok skazujący na wieczne szczęście.
Napiszcie co o tym myślicie i zaproponujcie o kim chciałybyście poczytać następny pięciopart!
Chyba włączę takie krótkie opowiadanka w mój repertuar blogowy.
Mam już pomysł na następne dłuższe opowiadanie, które pojawi się w zamian za Uzależnioną od Tytonia, która zakończy się za kilka rozdziałów, ale to będzie na razie moją tajemnicą.
Miłego czytania! I do następnego rozdziału! :)
Pozdrawiam Fiolka :):*
Dwa dni później...
Miałam piękny sen. Leżałam ubrana w kolorową sukienkę na łące ozdobionej przepięknymi, wielobarwnymi kwiatami. Czułam ich intensywny zapach, krople rosy pieściły moją rozpaloną od słońca skórę.
Wokół mnie fruwały ptaki a w niedalekiej odległości strumień wesoło szemrał przepływając przez kamieniste dno.
Wszędzie było światło, którego tak bardzo łaknęłam. Zamknęłam oczy rozkoszując się ciepłem, gdy nagle ktoś położył mi rękę na ramieniu. Dotyk dłoni wprowadził moje ciało w przyjemne drżenie, podniosłam powieki ujrzawszy nad sobą parę ciemnych oczu. Biła z nich siła i zdecydowanie. Byłam pewna, że było to spojrzenie mężczyzny...płonęłam jakimś wewnętrznym ogniem, którego nie dało się we mnie ugasić. Jeszcze raz zamknęłam powieki, czując się nago, chociaż nadal miałam na sobie sukienkę.
Leżałam w oczekując na to co miało za chwilę się wydarzyć. Wargi właściciela nieziemskich tęczówek w łagodnej pieszczocie opadły na moje usta.
Jego język wtargnął do wnętrza moich ust prowadząc mój własny do wspólnego tańca. Zatopiłam się cała w tym doznaniu czerpiąc rozkosz a delikatny wiatr nad moją głową chłodził moje rozpalone ciało. Delikatne dłonie nieznajomego zaczęły sunąć po moim ciele doprowadzając mnie na skraj obłędu. Gdy jedna z dłoni zawędrowała pod moją sukienkę otworzyłam oczy.
Zdyszana leżałam na szpitalnym łóżku widząc nad sobą moją matkę. Zamrugałam chcąc przyzwyczaić oczy do sterylności i bijącej po oczach nieskazitelnej bieli.
- Gdzie ja jestem?- zapytałam, chociaż zdawałam sobie sprawę, że jest to szpital.
Moja matka pochyliła się nade mną a na jej delikatnej twarzy widać było zmęczenie i ból.
- W szpitalu Amelie.-odpowiedziała głaszcząc mnie delikatnie po policzku.
Nie zapytałam co się stało, bo wspomnienie windy, dotyku Zlatana i wreszcie wypadku tkwiło głęboko w mojej podświadomości.
- Mamo... czy on... czy mężczyzna z widny żyje?- zapytałam czując jak coś zaciska moje gardło.
Matka przysiadła na krześle obok mnie głaszcząc moje złote włosy. Zawsze robiła tak kiedy chciała powiedzieć mi coś ważnego.
Bałam się! Cholernie bałam się, że Zlatan nie przeżył upadku kilkadziesiąt pięter w dół. Sama nie mogłam się nadziwić, że jednak żyję i rozmawiam z moją mamą.
- Z tego co wiem żyje. Mieliście oboje wiele szczęścia. - odpowiedziała moja rodzicielka.
Odetchnęłam z ulgą. Żyje. Oboje żyjemy!
Nie nagadałam się długo, bo moja prawa dłoń zaczęła pulsować bólem nie do zniesienia. Mama wezwała pielęgniarkę, która podała mi leki przeciwbólowe. Rozmawiały przez chwilę w ciszy. Dowiedziałam się, że na Paryż napadła grupa ekstremistów muzułmańskich. Chcieli doprowadzić do zawalenia się hotelu, jednak źle wycyrklowali ładunek wybuchowy. W gruncie rzeczy wysadzili generator prądu, przez co doszło do spalenia się instalacji elektrycznej, czego skutkiem był wypadek w windzie.
Zasnęłam spokojna.
Kilka dni później.
Dzisiaj opuszczam szpital. Miałam dwie operacje ręki, która została złamana w trzech miejscach. Dzwonił do mnie Jean Pierre, miała dostać tyle urlopu ile będzie wymagała tego moja rehabilitacja. Zapytałam lakonicznie o mojego klienta.
Szef wyjaśnił mi, że piłkarz ma kontuzję i na razie jego sprawy przejmie w moim imieniu Sophie...
Sophie to młodsza ode mnie wysoka brunetka z szafirowymi oczami. Była ulubienicą zarządu i potrafiła pozyskać dla firmy najtrudniejszych klientów.
W każdej innej sytuacji byłabym wściekła, że to ona zajmie się Gustavssonem. Dzisiaj było mi to całkowicie obojętne. Byłam zmęczona a moja chęć do życia osłabła z dnia na dzień. Pierwszy miesiąc po wypadku spędziłam u moich rodziców. Oboje dbali o mnie, pojawił się także mój starszy brat. Nie czułam się jednak dobrze. Cały czas myślałam o Zlatanie, przeglądając strony internetowe w poszukiwaniu chociażby wzmianki o wypadku. Byliśmy tylko dwiema ofiarami, które miały ogromnego pecha.
Po miesiącu postanowiłam wrócić do siebie. Paryż był teraz moim domem i tylko tam mogłam odzyskać spokój. Przeszłam zabieg wyciągnięcia metalowych mocowań z dłoni. Moja ręka odzyskała jakąś tam sprawność, ale dalej musiałam znosić bolesne zabiegi, przez co nie mogłam pracować.
Jean Pierre zaproponował, żeby wyjechała wypocząć.
Ponieważ Meksyk leżał po drugiej stronie Atlantyku wybrałam południe Francji. Snułam się po uliczkach Saint Tropez szukając ukojenia. Co noc śnił mi się Zlatan a właściwie jego oczy i dotyk. Byłam przekonana, że był posiadaczem czekoladowych tęczówek wpadających w czerń. Chciałam jeszcze kiedyś go spotkać. Tęskniłam za nim i pragnęłam go ujrzeć, dotknąć jego dłoni. Pocałować.
Gdy wróciłam z wakacji zorientowałam się, że noszę pod sercem owoc namiętnej nocy ze Zlatanem. W pierwszym momencie przeżyłam głęboki wstrząs, potem gdy powoli docierało do mnie, że będę mieć część jego i że sama zostanę matką rozpłakałam się.
Kolejne cztery miesiące poświęciłam na powrót do sprawności, marzenia o spotkaniu mojego kochanka i radość z faktu iż będę matką.
Mój brzuch z miesiąca na miesiąc rósł.
Po sześciu miesiącach od katastrofy postanowiłam wybrać się do firmy. Moja ręka była już sprawna a chciałam dogadać z Jean Pierrem moją dalszą pracę w agencji.
Ubrałam się ze szczególną starannością. Założyłam kremową sukienkę, błękitny żakiet i wysokie zimowe buty. Włosy spięłam w gustowny koczek, nie uniknęłam jednak wysmyknięcia się kilku pasm. Moja fryzura nigdy nie miała być idealna.
Weszłam do budynku nastawiona na szczerą rozmowę z moim szefem. Postanowiłam wejść po schodach, po wypadku już nigdy nie będę miała odwagi wjeżdżać windą. Gdy zmachana dotarłam na dziesiąte piętro od razu skierowałam kroki do biura Jean Pierra. Nie było jego sekretarki, więc pozwoliłam sobie zapukać i wsunąć się do gabinetu szefa. W pomieszczeniu stał Jean Pierre, Sophie i nieznajomy w błękitnych jeansach i czarnej koszulce opinającej szczupłe, acz umięśnione ciało. Z tyłu widziałam jego kruczoczarne włosy zwinięte w koka.
- Chcę żeby zajęła się mną wcześniejsza menadżerka.- odezwał się głęboki głos mężczyzny, który w dalszym ciągu stał odwrócony do mnie tyłem. W tym momencie dotarło do mnie, że posiadaczem owego głosu jest mój Zlatan.
- Amelie!- wykrzyknął Jean Pierreę. Biegł mnie uściskać... Wiedział, że jestem w ciąży, ale miał nadzieję że jeszcze przed porodem wrócę do pracy.
- To jest twój klient pan Zlatan Ibrahimowić. - pokazał mi nieznajomego z windy a ten odwrócił się do mnie.
Spojrzała na mnie para ciemnych oczu...
- Amelie?- zapytał z niedowierzaniem.
Widziałam jego wstrząśnięty wzrok gdy spoglądał na moją twarz a potem na ciążowy brzuch.
- Amelie Mercier.- przedstawił mnie Jean Pierre.
- Ale ja miałam zająć się sprawami kogoś innego. - zdołałam wykrztusić, lecz nadal wpatrywałam się w Zlatana. Wyglądał jak indiański wojownik. Był smagły i ciemnowłosy a jego wyraziste rysy wywoływały we mnie euforię. To ciemność zesłała mi tego bożka namiętności. Ja zwykła, szara Amelie kochałam się z tym człowiekiem! Nie mogłam w to uwierzyć a jeszcze większym zdumieniem napawał mnie fakt, że noszę pod sercem jego dziecko.
Nie chciałam znać płci. To miała być dla mnie niespodzianka.
- Zlatan prosił nas żebyśmy nie podawali jego nazwiska. Paparazzi, spekulacje sama wiesz. Miał wypadek pół roku temu, zresztą w tym samym czasie co ty. - paplał Jean Pierre.
Nie słuchałam go, zresztą Zlatan również.
- Jean Pierre, czy mogę porozmawiać z A...z panią Mercier na osobności?- zapytał Ibrahimović.
- Ależ oczywiście, już zostawiamy was samych!- szef zagarnął naburmuszoną utratą sportowca Sophie starannie zamykając drzwi.
Powietrze w gabinecie zgęstniało. Staliśmy oboje w dość sporej odległości zatrzymywani przez jakąś wewnętrzną niemoc. W tamten sierpniowy dzień staliśmy się dla siebie bliskimi istotami, ale dopiero dzisiaj, pół roku później ujrzeliśmy swoje twarze. Zlatan nie przerywając ciszy podszedł do mnie w kilku krokach. Zamknął mnie w ramionach, głaszcząc po głowie. Potem pocałował mnie w czoło aż w końcu jego gorące usta opadły na moje wargi.
Rozpłakałam się ze szczęścia. Istniała między nami niewidzialna nić porozumienia, unia ciał, którą wypracowaliśmy w ciemnym piekle, jakim było zamknięcie w windzie.
Całował mnie z gwałtowną namiętnością naznaczoną rozpaczą. Gdy oderwał się od moich ust głos mu się łamał.
- Amelie! Moja Amelie...tak bardzo bałem się, że nie przeżyłaś tego piekła!- wziął w swoje duże dłonie moją twarz spoglądając swoimi ciemnymi oczyma w moje jasne tęczówki. - Tak bardzo cię pragnę.- zmiażdżył moje wargi w zaborczym pocałunku. Nasze języki od razu podjęły wspólny rytm pieszcząc się nawzajem. Trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę. Przerwało nam poruszenie się w moim łonie małej istotki na która tak bardzo czekałam.
- Co się stało?- zapytał patrząc na mnie z przestrachem
- Poruszyło się.- wyszeptałam kładąc dłoń na wystającym brzuchu. Zlatan przykrył moją rękę swoją, patrząc mi głęboko w oczy.
- To owoc tamtego dnia?- zapytał, lecz brzmiało to jak stwierdzenie.
- Tak.- odpowiedziałam oblewając się rumieńcem. - To nasze wspólne dziecko. Ale nie będę wymagać od ciebie zaangażowania.- zaczęłam.
Nie chciałam go do niczego zmuszać, sama mu się oddałam i byłam gotowa samotnie wychować dziecko.
Oczy Zlatana zabłysły ze złości.
- To też moje dziecko a ty jesteś moją kobietą!- rzekł wzburzony zpowrotem przyciągając mnie do siebie. - Szukałem cię przez tyle czasu, że teraz nie pozwolę abyś ode mnie odeszła.
- Ale my się nie znamy...- zaczęłam niepewnie.
- Znamy się dobrze, nasze ciała są dla siebie stworzone. Amelie ja chcę z tobą być, nie widzieliśmy swoich twarzy, ale ja się w tobie zakochałem!- wyznawał mi a ja patrzyłam na niego zszokowana.-Tak kocham cię! Zakochałem się w tobie w tej piekielnej windzie i kochałem cię przez każdy dzień naszej rozłąki. Nie mogłem myśleć o niczym tylko o tobie. Ten koszmar trwał pół roku, proszę powiedz mi że będziesz ze mną! Powiedz, że też to czujesz!- potrząsnął mną a ja nie wiedziałam co powiedzieć. W końcu przełamałam się, tama moich tłumionych uczuć została przerwana.
-Też cię kocham!- odpowiedziałam po prostu.
Przywarł do mnie i znowu zaczęliśmy się całować. Było mi wspaniale, odnalazłam najważniejszą osobę w moim życiu. Koszmar przerodził się w piękny sen z którego nie chciałam się obudzić. Ktoś wszedł do gabinetu, lecz zszokowany szybko zostawił nas samych. Zaśmialiśmy się w głos bo oto z otulenia ciemności weszliśmy prosto w jasną przyszłość.
__________________________________________________________________________
I startujemy z przedostatnim rozdziałem. Miało być dopiero w niedzielę, ale napisałam już do końca i postanowiłam zrobić Wam niespodziankę i dodać wcześniej. Wiem, że większość z Was bała się śmierci Zlatana. Przyznam, że kusiło mnie żeby go zabić, ale jakoś nie miałabym sumienia. Jestem niepoprawną optymistką i nie przepadam za melodramatami bez happy endu. Skoro jest miłość to musi być też wyrok skazujący na wieczne szczęście.
Napiszcie co o tym myślicie i zaproponujcie o kim chciałybyście poczytać następny pięciopart!
Chyba włączę takie krótkie opowiadanka w mój repertuar blogowy.
Mam już pomysł na następne dłuższe opowiadanie, które pojawi się w zamian za Uzależnioną od Tytonia, która zakończy się za kilka rozdziałów, ale to będzie na razie moją tajemnicą.
Miłego czytania! I do następnego rozdziału! :)
Pozdrawiam Fiolka :):*
niedziela, 6 stycznia 2013
Rozdział trzeci
Leżałam na posłaniu z naszych ubrań, czując na sobie słodki ciężar Zlatana. Nasze spocone ciała przylegały do siebie w absolutnej harmonii. Czułam jego oddech na swoim policzku, rozmyślając jak cudownie było trwać w tym bez istnieniu jakie wywołał we mnie ten mężczyzna. Pod powiekami poczułam znajome swędzenia a w moich oczach wezbrały łzy. Nie byłam w stanie nic powiedzieć.
Moje dłonie ślizgały się po mokrych plecach Zlatana.
Nagle usłyszałam jego cichy głos:
- Dlaczego płaczesz?- zapytał, dmuchając w małżowinę mojego ucha. - Było aż tak źle?- zapytał z przekorą w głosie.
Na pewno przy tym się uśmiechnął a ja zapragnęłam zobaczyć jego twarz.
Nie odpowiedziałam bo jego usta ponownie zawładnęły moimi. Jęknęłam a wtedy on oderwał się od moich warg przyciągając mnie do swojego krzepkiego ciała a potem przetaczając się na plecy. Górowałam nad nim świadome tego, że znowu zaczynam się rozgrzewać. Pochyliłam się nad nim a moje włosy opadły na nas jak złota kurtyna. Język Zlatana znowu wsunął się do wnętrza moich ust a jego dłonie, oplatające mnie w pasie poczęły kreślić na mojej skórze erotyczne esy floresy. Płonęłam!
Wczepiłam ręce w jego długie włosy, jęcząc za każdym razem gdy po moim ciele rozlewało się gorąco. Byłam na skraju obłędu.
Zlatan nie przerywając mnie pieścić bezgłośnie wymusił na mnie żebym się uniosła. Ponownie poczułam go w sobie a wtedy świat nagle stanął w miejscu. Słyszałam tykanie sekundnika na jego zegarku. Zamarliśmy przerywając pocałunek. Odchyliłam się do tyłu a wtedy lawina ruszyła. Z każdym uniesieniem byłam coraz bardziej chętna by był jeszcze bliżej i głębiej we mnie. Czułam się rozpustnie, ale w tym momencie było to dla mnie najwspanialsze doznanie w życiu. Doznania narastały a rozkosz rozlewała się we mnie aż w końcu skumulowała się w oślepiającej fali rozkoszy...a potem drugiej i trzeciej. Zlatan jęknął wypychając mnie do góry a potem opadłam okrywając jego ciało swoimi włosami. Wyswobodził się ze mnie mrucząc pod nosem coś po chorwacku.
Dyszeliśmy niczym gladiatorzy po walce swojego życia.
Pocałował mnie jeszcze raz a potem porwały mnie objęcia Morfeusza.
Gdy się obudziłam miałam na sobie bluzkę i spódnicę. Zlatan siedział obok mnie bawiąc się moimi włosami.
- Jakiego koloru masz włosy?- zapytał tak po prostu.
- Jestem blondynką.- odpowiedziałam czekając co powie dalej.
- Lubię blondynki. Wiesz... marzę żeby kochać się z tobą w blasku poranka przy szeroko otwartych oknach.
Zaśmiałam się bezwiednie. Ja również o tym marzyłam, ale zdawałam sobie sprawę że o ile uda nam się wyjść z tej windy cało, w co coraz bardziej wątpiłam, to oboje rozejdziemy się każdy do swojego świata.
Paradoksem tej sytuacji było to, że byłam z nim bardzo blisko a nie wiedziałam jak wygląda. Wizualnie możemy sobie nie podpasować. Podczas naszego niewyobrażalnie fantastycznego seksu, dotykałam jego rysów. Wydatnego nosa, spuchniętych od namiętności ust. Miał gładkie, długie włosy, które udało mi się wyswobodzić z gumki.
Jak wyglądał?
Dla mnie pomimo spowijającego go mroku, był najpiękniejszym mężczyzną na świecie.
Przysunęłam się do niego, chcąc jeszcze raz poczuć jego usta na swoich. Pocałował mnie bardzo namiętnie, szepcząc coś po chorwacku. Wtedy światło zabłysło na kilka sekund, zobaczyłam tylko jego włosy a winda znów pogrążyła się w ciemności.
Nie zdążyliśmy nic zrobić, gdy kabina w której przebywaliśmy runęła w dół z głośnym rykiem.
- Boże umieramy!- jęknęłam przysuwając się bliżej niego.
Przez głowę przeleciało mi całe moje życie, łącznie z pięknymi chwilami z przed kilku godzin.
Winda z rykiem uderzyła w ziemię na najniższym piętrze. Poczułam ból w ramieniu a potem nie czułam już nic.
Urwał mi się film.
Gdy się ponownie przebudziłam, leżałam na noszach a nade mną pochylali się ratownicy medyczni.
- Żyje.- usłyszałam nad sobą.
Ktoś świecił mi latarką po oczach, inna osoba zakładała mi kołnierz.
- Co ze Zlatanem?- wyszeptałam czując jak ból maluje mi mroczki przed oczami.
- Wyciągamy go, pani leżała bliżej wyjścia.
- Czy przeżyje?- zapytałam z paniką w głosie. - ktoś wbił mi w rękę zastrzyk a twarze przede mną poczęły się rozmazywać.
- Taką mam nadzieję. - zdążyłam jeszcze usłyszeć a potem ponownie ogarnęła mnie ciemność.
____________________________________________________________________
No ładnie i wyszłam na erotomankę :D
No ale cóż poradzić, taka była koncepcja tego bloga i nie zamierzam nic zmieniać. Jeszcze dwa rozdziały :) Miłego czytania :D
czwartek, 27 grudnia 2012
Rozdział drugi
Trwaliśmy tak przez następne piętnaście minut. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Strach wciskał się do mojego umysłu i blokował krtań.
Poczułam jak po policzkach spływają mi słone strumienie, skapując na dłoń. Żałośnie pociągnęłam nosem, mój towarzysz usłyszał to, bo ramię oplatające moje ramiona pogłębiło uścisk. Pozwoliłam sobie na luksus oparcia głowy o jego tors, wsłuchując się w miarowe bicie jego serca. Wszechobecną ciszę przerywało jedynie miarowe tykanie wskazówki sekundowej w jego zegarku.
Zamknęłam oczy próbując wyobrazić sobie jakieś zalane słońcem pomieszczenie, wypełnione zapachem kwiatów. Czułam jednak cytrusy i piżmo, które w połączeniu z duchotą panującą w środku windy mieszało w mojej ogłupiałej przez sytuację głowie.
W normalnym świecie powiedziałabym, że to niedorzeczne ale tak dla mnie pachniał seks.
Ognisty, porywczy i bez zahamowań.
W chwili gdy rozmyślałam nad moimi chorymi urojeniami Zlatan nieznacznie się poruszył. Moje ciało stanęło w ogniu i był to słodko-bolesny ogień piekielny, który rozgrzewał do czerwoności moje ciało.
- Duszno tu.- powiedziałam od tak.
- Mam butelkę wody mineralnej, chcesz się napić?- zapytał mnie.
- Proszę.
Odkręcił ją i po chwili poczułam wspaniały smak wody, czułam jakbym piła z nieskończonego źródła w przy pustynnej oazie, ale tak naprawdę woda była gorąca jak sytuacja w windzie.
Oddałam butelkę, przy okazji dotykając ręki Zlatana. Zadrżałam i jestem przekonana że i on coś wtedy poczuł.
- Może o czymś porozmawiamy, cisza jest sprzymierzeńcem strachu.
- Masz jakiś konkretny temat?
- Ciebie.- odpowiedział wprost.- Opowiedz mi o sobie Amelie.- znowu wymówił moje pospolite imię jakby było niespotykane i wyjątkowe.
Na początku opowiedziałam mu gdzie pracuję i z jakiego powodu znalazłam się w tej cholernej windzie. Mój rozmówca słuchał cierpliwie, co jakiś czas zadając pytania. Potem całkiem zapomniałam o tym, że Zlatan tak naprawdę jest mi obcym człowiekiem, że nie widzę jego twarzy i nie wiem tak naprawdę kim jest. W całej niedorzeczności tej sytuacji było coś intrygującego i pociągającego. Potem on mi o sobie opowiedział, ale zachował pewną nutę tajemniczości. Wiedziałam o nim tyle, że przez wiele lat pracował we Włoszech, potem w Hiszpanii a teraz wyemigrował do Francji.
- Szwecja mnie wychowała ale zawsze będzie we mnie bałkańska krew. Mam niepokorność we krwi...- rzekł w pewnym momencie i dałabym sobie uciąć dowolną kończynę, że miał przy tym łobuzerski uśmiech.
Winda znowu złowieszczo zaskrzypiała.
Instynktownie szukałam w nim oparcia. Objął mnie a jego smukłe palce delikatnie gładziły skórę na mojej szyi i za uszami.
Szeptał mi do ucha słowa w szeleszczącym języku. Miałam kiedyś sąsiadkę z Polski i wyczułam, że musiał to być język podobny do polskiego. Najprawdopodobniej był to Chorwacki, jego matka była Chorwatką.
Egzotyka wszystkich nieznanych mi słów, sprawiała że kręciło mi się w głowie. A uczucie potęgowała ciekawość.
- Co mówisz?- zapytałam odwracając się w jego stronę. Jego usta znajdowały się na wysokości mojego czoła. Muskał je delikatnie wilgotnymi wargami.
Jęknęłam w przypływie nagłego pożądania. Nieświadomie wodziłam dłonią po jego mokrej od potu szyi i torsie.
- Nie wiem czy chcesz to wiedzieć.- szepnął mi do ucha.
Jego ciepły oddech owiewający moją skórę, wywołał we mnie dreszcze i gęsią skórkę. Zaczęłam się trząść w oczekiwaniu na jego kolejny krok.
- Chcę...- odpowiedziałam w moim wrażeniu za bardzo piskliwie.
- Zapytałem czy dasz mi się uwieść.- odpowiedział.
Zapadła cisza.
Chciałam tego jak jasna cholera! W moim umyśle włączyła się wyjąca syrena, ostrzegająca mnie przed popełnieniem głupoty.
"Przecież jesteś rozważna, nie możesz tego zrobić!"
"Nie znasz go!"
" Nie chcesz tego omotał cię!" - co rusz powtarzały mi głosy mojej podświadomości.
Zawsze byłam dobrze ułożona, trzeźwo myśląca...i do jasnej cholery nudna i przewidywalna. Koniec z tym! Koniec z szarą Amelie, na tę kilka chwil chciałam zamienić się w demona seksu. Nie odpowiedziałam mu, tylko odwróciłam się, złapałam jego twarz w ręcej i pochyliłam się przyciskając usta do jego warg.
Odpowiedział mi gwałtownym pocałunkiem. Wessał się we mnie tak jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Całował i pieścił moje wargi, lekko je przyskubując, tymczasem jego wprawne dłonie rozpinały moją bluzkę. Już wcześniej pozbył się marynarki, przez co mogłam wsunąć ręcej pod jego koszulę. Dotknęłam jego torsu, gorącego jak piec kaflowy. Prawie parzył, ale mnie dotyk jego satynowej skóry przyprawiał o niekontrolowane wybuchy zachwytu.
Całowaliśmy się jakby świat poza tą cholerną windą nie istniał. Nie było Paryża, Francji, Europy i Świata. Nie było mojej pracy nawet Hugo!
Byłam tylko ja i Zlatan.
Jego język wsunął się łagodnie do wnętrza moich ust, zaczynając subtelny i erotyczny taniec z moim językiem. Po chwili jego usta oderwały się od moich warg, wyznaczając palący szlak w dół ku wzgórzom piersi. Nie miałam już na sobie bluzki, która wylądowała w kącie, zaraz za nią niczym biały obłok opadła również koszula Zlatana.
Mężczyzna oderwał się na moment od całowania mnie i jednym wprawnym ruchem zerwał ze mnie stanik.
Jęknęłam, gdy jego ciepła dłoń dotknęła moich nabrzmiałych sutków. Powoli opuścił mnie na kopiec z naszych ubrań. Pochylił się nade mną ciemny jak sam Lucyfer. Widziałam tylko zarys jego błyszczących oczu i kontury ciała. Opadł na mnie całując mnie jakby nie robił tego przez wieki.
Ja nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.
Nie byłam dziewicą, ale moje ciało w zderzeniu z jego maestrią było świeżo zakupionym instrumentem na którym zgodził się zagrać wirtuoz.
Próbowałam ogarnąć jakoś gonitwę myśli, ale usta Zlatana pieszczące moje piersi nie pozwalały mi myśleć. Mogłam tylko dawać i brać. Byłam niczym branka w sidłach ognistego, egzotycznego kochanka.
Nie pamiętam kiedy pozbyliśmy się reszty ubrań a potężne ciało mojego kochanka opadło na mnie.
- Na pewno tego chcesz?- zapytał po francusku.
- Chcę...- odpowiedziałam ledwo słyszalnie.
Wtedy poczułam go w sobie.
Brał mnie w sposób jakiego się nigdy nie spodziewałam. Po każdorazowym pchnięciu, czułam jak moje ciało rozpada się na kawałki. Kolorowe miraże przelatywały świetlistymi smugami przez moją głowę. To było lepsze niż pokaz fajerwerków w Sylwestra pod Wieżą Eiffla.
Nasze spocone ciała złączyły się w jedno.
Cała winda była przesycona erotycznym zapachem naszych ciał, słodko kwaśną wonią miłości.
Seks ze Zlatanem miał zapach piżmu, cytrusów i kwiatów. Był jak połączenie gaju owocowego ze spaloną meksykańską pustynią.
W końcu oboje wspięliśmy się na szczyt na którym skoczyłam w dół wirując niczym piórko na wietrze.
Byłam w niebie a potem spadłam na dno piekła.
I niech mnie coś trafi, nigdy nie będę tego żałowała!
_______________________________________________________________
O matko z córką! Nawet nie wiecie jak ciężko było mi napisać ten rozdział. Ale szczerze mówiąc oddałam wszystko to, co narosło między Amelie i Zlatanem. To trawiący ich głód bliskości. Ona zrobiła to po części popchnięta przez strach a zarazem fascynacje tajemniczym nieznajomym, jego motywów nie znam jeszcze. Tych dwoje jest dla mnie wielką zagadką, którą rozplątuję z Wami.
Piszcie jak Wam się widzi ten projekt, bo to prawdopodobnie pierwszy i ostatni tak duszny twór :D
Pozdrawiam Fiola :*
wtorek, 18 grudnia 2012
Rozdział pierwszy
Od zawsze nienawidziłam centrum Paryża w godzinach popołudniowych. Całe miasto było bezsensownie zakorkowane i nigdy o tej porze nie udało mi się niczego załatwić. Jakby szerzej się nad tym zastanowić to nienawidziłam wielkich miast. Wychowałam się w malutkim miasteczku niedaleko granicy z Belgią i tam też skończyłam edukację podstawową i średnią. Studiowałam w Paryżu i pokochałam to miasto, pomimo jego wielu wad. Nie wiem czym mnie olśnił. Większość populacji świata powiedziałaby, że jest to miasto zakochanych i klejnot w koronie Europy. Dla mnie Paryż był uwolnieniem się od przeszłości i spokojną oazą na wzburzonych falach oceanu mojego życia. Mam dwadzieścia osiem lat, mieszkam w wynajmowanym mieszkanku na Montmartre i posiadam kota sztuk jeden.
Czy moje życie jest nudne?
Jeśli patrzyć z perspektywy ogólnie przyjętej mody na imprezowanie do rana i sypianie z kim popadnie, to owszem jestem nudziarą.
Mój punkt widzenia był inny. Pracowałam jako manager i miałam pod swoimi skrzydłami kilka mało znanych gwiazd. Dbałam o nich, poświęcając im większość swojego wolnego czasu.
Nie bywałam na przyjęciach, nie chodziłam na randki a moją ulubioną rozrywką było czytanie książek.
Banał!
Aż do dzisiejszego dnia, który powitał mnie zachmurzonym niebem i strugami deszczu. Mokry Paryż to nie to co lubię najbardziej. Na dodatek jakiś baran nie patrząc na ograniczenie ruchu wjechał rozpędzony w głęboką kałużę, której śmierdząca zawartość wylądowała na moim kostiumie. Wyglądałam jak zmoknięta mysz. Na szczęście jestem osobą zapobiegliwą i w swoim garbusie wożę ubrania na zmianę.
Kilkadziesiąt minut później, gdy garbus wiózł mnie na spotkanie z moim nowym klientem, słońce jak na złość zaczęło palić niemiłosiernie. Czułam jak pot powolną strużką spływa mi z karku na plecy a moje misternie prostowane włosy zaczynają się wić. Zanim dotarłam do Concorde La Fayette moją fryzurę trafił szlag. Zaklęłam siarczyście, trzaskając drzwiami garbusa.
Chyba nie będzie miał mi tego za złe.
Kochałam go jak członka rodziny. Był pierwszym poważnym wydatkiem w moim życiu i drugą drogą dla mnie istotą(tak uważałam go za czujący twór) zaraz po moim czarnym kocurze Hugo.
Portier spojrzał na mnie jak na wariatkę, kiedy pomknęłam niczym strzała do holu wejściowego. O tej porze nie było tak zbyt dużego ruchu. Większość gości przebywała na zewnątrz, albo zadekowała się w klimatyzowanych pokojach. Recepcjonistka ze sztucznym uśmiechem udzieliła mi informacji, że mój klient Gustaw Oliversson nie dotarł jeszcze na miejsce i czy nie mogłabym zaczekać na niego w restauracji na 33 piętrze.
Z uśmiechem oświadczyłam, że oczywiście mogę to zrobić, chociaż w duchu chciałam jej przyłożyć i jemu też.
Mój przełożony wytypował mnie do zajęcia się karierą tego bęcwała.
Był sportowcem i właśnie podpisał kontrakt z miejscową drużyną. Jak było powszechnie wiadome PSG, zarządzane przez bogatego Araba, zapłaciło za niego fortunę. A on sam chciał aby jego francuski menadżer nie miał pod sobą żadnej innej gwiazdy futbolu. Chciał mnie mieć na wyłączność. Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało.
Zgodziłam się, bo Jean Pierrowi (mojemu szefowi) się nie odmawia. Płacił mi godziwie a teraz miałam dostać stuprocentową podwyżkę. W końcu będzie mnie stać na mieszkanie i może odłożę parę groszy na jakieś godziwe wakacje. Chciałam choć raz pojechać do Meksyku i przez dwa tygodnie nie myśleć o pracy.
Cóż, na razie wypady wszelakie były tylko ulotnym jak latawiec na wietrze marzeniem.
Bańką mydlaną, która z pierwszym niepowodzeniem mogła prysnąć.
Wsiadałam do windy z gulą w gardle i paniczną ochotą żeby wyjść z niej jak najprędzej.
Odkąd mój brat Cloude zamknął mnie w babcinej szafie na kilka godzin, bałam się ciasnych pomieszczeń. Nie wiedzieć czemu windy napawały mnie największym lekiem. Droga na 33 piętro dłużyła mi się jak kazanie proboszcza podczas mojej pierwszej komunii. Jechało ze mną trzy osoby, obściskująca się para i jeden starszy mężczyzna. Ich obecność dodawała mi otuchy i jakoś zniosłam tę dwuminutową podróż, tym bardziej że wysiedli na przedostatnim piętrze i sama przebyłam tylko jeden poziom.
Gdy dotarłam do restauracji posilała się w niej zaledwie jedna osoba. Urocza kelnerka o imieniu Paty zaproponowała mi świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. Z uśmiechem przyjęłam propozycję i kilka chwil później stała przede mną oszroniona szklanka z pomarańczową cieczą. Sok smakował wybornie, był lekko kwaskowaty i bardzo zimny. Taki jaki lubiłam najbardziej.
Popijając go obserwowałam galerię obrazów impresjonistycznych pyszniących się na ścianach.
Zajęło mi to kilka minut a kolejne kilkadziesiąt czekałam na mojego przyszłego klienta, który nie raczył się zjawić ani zatelefonować. Wściekła zapłaciłam rachunek i w złości postanowiłam zejść na dół pieszo.
Nie będę się męczyć w tej puszce, dlatego że ten skończony baran nie raczył przyjść.
Na 23 piętrze zmęczyłam się niemiłosiernie a nogi w dziesięciocentymetrowych szpilkach odmówiły mi posłuszeństwa.
Pokonana przez własną słabość poczłapałam do windy.
Wcisnęłam guzik i ku mojemu zaskoczeniu drzwi rozsunęły się momentalnie.
W środku stał wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze. Nie zdążyłam mu się dobrze =przyjrzeć, bo gdy tylko drzwi się zatrzasnęły zgasło światło a winda z rykiem poczęła pędzić na dół.
- Co jest do kurwy nędzy?!- mruknął mój współpasażer. - Proszę wcisnąć guzik stop!- wykrzyknął w moją stronę. Jego głos był głęboki i bardzo męski, ale w tej chwili nie reagowała na nic przypominając sobie w myślach formułki modlitw.
Zniecierpliwiony nieznajomy odsunął mnie na bok i począł wciskać guziki, winda jednak nie reagowała. Zarzuciło nas w prawo, także wylądowałam na podłodze a nieznajomy na mnie. Wtedy winda gwałtownie stanęła.
Facet szybko się pozbierał wyciągając do mnie rękę. Była dużo większa od mojej i emanowała ciepłem, które dodawało mi otuchy.
A gdybym utknęła tutaj sama?- pomyślałam w panice.
- Nic pani nie jest?- usłyszałam w ciemności.
- Nie...chyba nie.- odpowiedziałam cicho.- Czy jesteśmy już na dole?
Zamilkł wciskając guziki. W końcu zniecierpliwiony wymacał jakiś wystający element i ze zwinnością linoskoczka wspiął się do góry. Pchnął górny właz, klnąc przy tym siarczyście. Wyjrzał w nicość pomiędzy piętrami i wtedy znowu do mnie przemówił.
- Obawiam się, że utknęliśmy pomiędzy piętrami.
- O Jezu!- wyrwało mi się. Byłam bliska napadu paniki.
Co ja teraz zrobię? Tutaj jest tak ciasno i ciemno?! A jeśli nikt nas nie znajdzie.
- Proszę się nie denerwować, za chwile na pewno usuną usterkę i wyjdziemy stąd szybciej niż się pani wydaje.
- Mam nadzieję.
Czekaliśmy tak godzinę.
Milczałam panicznie bojąc się dopuścić myśli, że mogę już nigdy nie wyjść z tego pomieszczenia.
Nie wiem dlaczego nagle rozryczałam się jak pięcioletnie dziecko u lekarza rodzinnego.
- Proszę nie płakać.- odezwał się ten ciepły głos. - Szybko przyjdzie pomoc, na pewno już działają.
- A jeśli o nas zapomną?- zapytałam płaczliwie.
- Nie zapomną. Przecież muszą się zorientować, że winda nie działa.
- Ma pan rację. Przepraszam.
- Nic nie szkodzi.- odpowiedział a ja czułam jak uśmiecha się w ciemności.
Czy miał ładny uśmiech? Zaczęłam się nad tym zastanawiać. To, że razem znajdowaliśmy się w tak nietypowych okolicznościach, było w pewnym rodzaju fascynujące.
Usiadłam na podłodze, czując jak nogi znowu zaczynają wchodzić mi w tyłek a kręgosłup boli jakby ktoś walnął go młotkiem.
Nieznajomy usiadł obok mnie.
Czułam ciepło bijące od jego ciała i męski zapach piżma i cytrusów.
- Jak ma pani na imię?- usłyszałam w ciemności.
- Amélie - odpowiedziałam.
- Amelie... pięknie.- powiedział miękko a ja dopiero teraz wyczułam jego zagraniczny akcent. - Ja mam na imię Zlatan.
- Ładnie. Ale nie jest pan Francuzem.
- Nie jestem Szwedem.- zaśmiał się cicho.
- Co prawda nie za bardzo znam szwedzki, ale to imię brzmi raczej bałkańsko.
- Dobrze pani myśli. Mój ojciec jest Bośniakiem a matka Chorwatką, stąd moje imię.- wyjaśnił.
- Szwed o bałkańskich korzeniach we Francji. Przyzna pan, że jest to dość egzotyczne połączenie. - zaśmiałam się pierwszy raz dzisiejszego dnia.
Dzięki tajemniczemu Zlatanowi przestałam bać się miejsca w którym się znajdowałam.
- Ja jestem dość egzotycznym egzemplarzem Amelie.- zwrócił się do mnie po imieniu, przysuwając się bliżej. W jego ustach moje przeciętne imię brzmiało jak pieszczota. Chciałam żeby wymówił je jeszcze tysiąc razy.
Winda zatrzęsła się i skrzypnęła złowieszczo.
Podkuliłam nogi pod brodę, czując zbliżający się atak paniki. Przymknęłam oczy widząc ciemną szafę mojej babci i wielkiego pająka w jej prawym górnym rogu.
Coś dotknęło mnie w rękę. Krzyknęłam z przerażeniem.
- Nie bój się...- Zlatan przyciągnął mnie do siebie.
Znałam tego faceta od niespełna dwóch godzin, nie wiedziałam jak wygląda a czułam jakbym nigdy nie wychodziła z jego objęć. - Masz klaustrofobię?- zapytał delikatnie.
Skinęłam głową, po chwili uświadamiając sobie absurdalność tego gestu.
Przecież nie mógł tego dojrzeć poprzez egipskie ciemności, które nas spowijały.
- Tak. - szepnęłam cichutko, cichuteńko.
Nie odezwał się, przyciągając mnie bliżej siebie. Oparłam się o jego ramię czekając na to, co przyniosą mi najbliższe godziny...
_______________________________________________________________
Oddaję do Waszej oceny mój najnowszy projekt. Wpadłam na ten pomysł kilka dni temu szykując się do snu. Tak mocno wyrył się w moją podświadomość, że po prostu musiałam to napisać.
Opowiadanie będzie króciutkie, zaledwie pięć rozdziałów.
Specjalnie nie podałam wyglądu bohaterów ani nazwisk, chociaż po bannerze i imieniu bohatera powinnyście się domyślić kim jest tajemniczy nieznajomy. Tylko jedna osoba nosi tak egzotyczne imię :D
W planach noworocznych mam także opowiadanie o Marcinie Wasilewskim, ale ruszę z nim dopiero przed Nowym Rokiem.
A tymczasem miłego czytania i proszę jeśli już pofatygowaliście się o przeczytanie moich wypocin, napiszcie czy Wam się podoba. Komentarze zawsze niezwykle motywują.
Pozdrawiam serdecznie Fiolka :)
Czy moje życie jest nudne?
Jeśli patrzyć z perspektywy ogólnie przyjętej mody na imprezowanie do rana i sypianie z kim popadnie, to owszem jestem nudziarą.
Mój punkt widzenia był inny. Pracowałam jako manager i miałam pod swoimi skrzydłami kilka mało znanych gwiazd. Dbałam o nich, poświęcając im większość swojego wolnego czasu.
Nie bywałam na przyjęciach, nie chodziłam na randki a moją ulubioną rozrywką było czytanie książek.
Banał!
Aż do dzisiejszego dnia, który powitał mnie zachmurzonym niebem i strugami deszczu. Mokry Paryż to nie to co lubię najbardziej. Na dodatek jakiś baran nie patrząc na ograniczenie ruchu wjechał rozpędzony w głęboką kałużę, której śmierdząca zawartość wylądowała na moim kostiumie. Wyglądałam jak zmoknięta mysz. Na szczęście jestem osobą zapobiegliwą i w swoim garbusie wożę ubrania na zmianę.
Kilkadziesiąt minut później, gdy garbus wiózł mnie na spotkanie z moim nowym klientem, słońce jak na złość zaczęło palić niemiłosiernie. Czułam jak pot powolną strużką spływa mi z karku na plecy a moje misternie prostowane włosy zaczynają się wić. Zanim dotarłam do Concorde La Fayette moją fryzurę trafił szlag. Zaklęłam siarczyście, trzaskając drzwiami garbusa.
Chyba nie będzie miał mi tego za złe.
Kochałam go jak członka rodziny. Był pierwszym poważnym wydatkiem w moim życiu i drugą drogą dla mnie istotą(tak uważałam go za czujący twór) zaraz po moim czarnym kocurze Hugo.
Portier spojrzał na mnie jak na wariatkę, kiedy pomknęłam niczym strzała do holu wejściowego. O tej porze nie było tak zbyt dużego ruchu. Większość gości przebywała na zewnątrz, albo zadekowała się w klimatyzowanych pokojach. Recepcjonistka ze sztucznym uśmiechem udzieliła mi informacji, że mój klient Gustaw Oliversson nie dotarł jeszcze na miejsce i czy nie mogłabym zaczekać na niego w restauracji na 33 piętrze.
Z uśmiechem oświadczyłam, że oczywiście mogę to zrobić, chociaż w duchu chciałam jej przyłożyć i jemu też.
Mój przełożony wytypował mnie do zajęcia się karierą tego bęcwała.
Był sportowcem i właśnie podpisał kontrakt z miejscową drużyną. Jak było powszechnie wiadome PSG, zarządzane przez bogatego Araba, zapłaciło za niego fortunę. A on sam chciał aby jego francuski menadżer nie miał pod sobą żadnej innej gwiazdy futbolu. Chciał mnie mieć na wyłączność. Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało.
Zgodziłam się, bo Jean Pierrowi (mojemu szefowi) się nie odmawia. Płacił mi godziwie a teraz miałam dostać stuprocentową podwyżkę. W końcu będzie mnie stać na mieszkanie i może odłożę parę groszy na jakieś godziwe wakacje. Chciałam choć raz pojechać do Meksyku i przez dwa tygodnie nie myśleć o pracy.
Cóż, na razie wypady wszelakie były tylko ulotnym jak latawiec na wietrze marzeniem.
Bańką mydlaną, która z pierwszym niepowodzeniem mogła prysnąć.
Wsiadałam do windy z gulą w gardle i paniczną ochotą żeby wyjść z niej jak najprędzej.
Odkąd mój brat Cloude zamknął mnie w babcinej szafie na kilka godzin, bałam się ciasnych pomieszczeń. Nie wiedzieć czemu windy napawały mnie największym lekiem. Droga na 33 piętro dłużyła mi się jak kazanie proboszcza podczas mojej pierwszej komunii. Jechało ze mną trzy osoby, obściskująca się para i jeden starszy mężczyzna. Ich obecność dodawała mi otuchy i jakoś zniosłam tę dwuminutową podróż, tym bardziej że wysiedli na przedostatnim piętrze i sama przebyłam tylko jeden poziom.
Gdy dotarłam do restauracji posilała się w niej zaledwie jedna osoba. Urocza kelnerka o imieniu Paty zaproponowała mi świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. Z uśmiechem przyjęłam propozycję i kilka chwil później stała przede mną oszroniona szklanka z pomarańczową cieczą. Sok smakował wybornie, był lekko kwaskowaty i bardzo zimny. Taki jaki lubiłam najbardziej.
Popijając go obserwowałam galerię obrazów impresjonistycznych pyszniących się na ścianach.
Zajęło mi to kilka minut a kolejne kilkadziesiąt czekałam na mojego przyszłego klienta, który nie raczył się zjawić ani zatelefonować. Wściekła zapłaciłam rachunek i w złości postanowiłam zejść na dół pieszo.
Nie będę się męczyć w tej puszce, dlatego że ten skończony baran nie raczył przyjść.
Na 23 piętrze zmęczyłam się niemiłosiernie a nogi w dziesięciocentymetrowych szpilkach odmówiły mi posłuszeństwa.
Pokonana przez własną słabość poczłapałam do windy.
Wcisnęłam guzik i ku mojemu zaskoczeniu drzwi rozsunęły się momentalnie.
W środku stał wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze. Nie zdążyłam mu się dobrze =przyjrzeć, bo gdy tylko drzwi się zatrzasnęły zgasło światło a winda z rykiem poczęła pędzić na dół.
- Co jest do kurwy nędzy?!- mruknął mój współpasażer. - Proszę wcisnąć guzik stop!- wykrzyknął w moją stronę. Jego głos był głęboki i bardzo męski, ale w tej chwili nie reagowała na nic przypominając sobie w myślach formułki modlitw.
Zniecierpliwiony nieznajomy odsunął mnie na bok i począł wciskać guziki, winda jednak nie reagowała. Zarzuciło nas w prawo, także wylądowałam na podłodze a nieznajomy na mnie. Wtedy winda gwałtownie stanęła.
Facet szybko się pozbierał wyciągając do mnie rękę. Była dużo większa od mojej i emanowała ciepłem, które dodawało mi otuchy.
A gdybym utknęła tutaj sama?- pomyślałam w panice.
- Nic pani nie jest?- usłyszałam w ciemności.
- Nie...chyba nie.- odpowiedziałam cicho.- Czy jesteśmy już na dole?
Zamilkł wciskając guziki. W końcu zniecierpliwiony wymacał jakiś wystający element i ze zwinnością linoskoczka wspiął się do góry. Pchnął górny właz, klnąc przy tym siarczyście. Wyjrzał w nicość pomiędzy piętrami i wtedy znowu do mnie przemówił.
- Obawiam się, że utknęliśmy pomiędzy piętrami.
- O Jezu!- wyrwało mi się. Byłam bliska napadu paniki.
Co ja teraz zrobię? Tutaj jest tak ciasno i ciemno?! A jeśli nikt nas nie znajdzie.
- Proszę się nie denerwować, za chwile na pewno usuną usterkę i wyjdziemy stąd szybciej niż się pani wydaje.
- Mam nadzieję.
Czekaliśmy tak godzinę.
Milczałam panicznie bojąc się dopuścić myśli, że mogę już nigdy nie wyjść z tego pomieszczenia.
Nie wiem dlaczego nagle rozryczałam się jak pięcioletnie dziecko u lekarza rodzinnego.
- Proszę nie płakać.- odezwał się ten ciepły głos. - Szybko przyjdzie pomoc, na pewno już działają.
- A jeśli o nas zapomną?- zapytałam płaczliwie.
- Nie zapomną. Przecież muszą się zorientować, że winda nie działa.
- Ma pan rację. Przepraszam.
- Nic nie szkodzi.- odpowiedział a ja czułam jak uśmiecha się w ciemności.
Czy miał ładny uśmiech? Zaczęłam się nad tym zastanawiać. To, że razem znajdowaliśmy się w tak nietypowych okolicznościach, było w pewnym rodzaju fascynujące.
Usiadłam na podłodze, czując jak nogi znowu zaczynają wchodzić mi w tyłek a kręgosłup boli jakby ktoś walnął go młotkiem.
Nieznajomy usiadł obok mnie.
Czułam ciepło bijące od jego ciała i męski zapach piżma i cytrusów.
- Jak ma pani na imię?- usłyszałam w ciemności.
- Amélie - odpowiedziałam.
- Amelie... pięknie.- powiedział miękko a ja dopiero teraz wyczułam jego zagraniczny akcent. - Ja mam na imię Zlatan.
- Ładnie. Ale nie jest pan Francuzem.
- Nie jestem Szwedem.- zaśmiał się cicho.
- Co prawda nie za bardzo znam szwedzki, ale to imię brzmi raczej bałkańsko.
- Dobrze pani myśli. Mój ojciec jest Bośniakiem a matka Chorwatką, stąd moje imię.- wyjaśnił.
- Szwed o bałkańskich korzeniach we Francji. Przyzna pan, że jest to dość egzotyczne połączenie. - zaśmiałam się pierwszy raz dzisiejszego dnia.
Dzięki tajemniczemu Zlatanowi przestałam bać się miejsca w którym się znajdowałam.
- Ja jestem dość egzotycznym egzemplarzem Amelie.- zwrócił się do mnie po imieniu, przysuwając się bliżej. W jego ustach moje przeciętne imię brzmiało jak pieszczota. Chciałam żeby wymówił je jeszcze tysiąc razy.
Winda zatrzęsła się i skrzypnęła złowieszczo.
Podkuliłam nogi pod brodę, czując zbliżający się atak paniki. Przymknęłam oczy widząc ciemną szafę mojej babci i wielkiego pająka w jej prawym górnym rogu.
Coś dotknęło mnie w rękę. Krzyknęłam z przerażeniem.
- Nie bój się...- Zlatan przyciągnął mnie do siebie.
Znałam tego faceta od niespełna dwóch godzin, nie wiedziałam jak wygląda a czułam jakbym nigdy nie wychodziła z jego objęć. - Masz klaustrofobię?- zapytał delikatnie.
Skinęłam głową, po chwili uświadamiając sobie absurdalność tego gestu.
Przecież nie mógł tego dojrzeć poprzez egipskie ciemności, które nas spowijały.
- Tak. - szepnęłam cichutko, cichuteńko.
Nie odezwał się, przyciągając mnie bliżej siebie. Oparłam się o jego ramię czekając na to, co przyniosą mi najbliższe godziny...
_______________________________________________________________
Oddaję do Waszej oceny mój najnowszy projekt. Wpadłam na ten pomysł kilka dni temu szykując się do snu. Tak mocno wyrył się w moją podświadomość, że po prostu musiałam to napisać.
Opowiadanie będzie króciutkie, zaledwie pięć rozdziałów.
Specjalnie nie podałam wyglądu bohaterów ani nazwisk, chociaż po bannerze i imieniu bohatera powinnyście się domyślić kim jest tajemniczy nieznajomy. Tylko jedna osoba nosi tak egzotyczne imię :D
W planach noworocznych mam także opowiadanie o Marcinie Wasilewskim, ale ruszę z nim dopiero przed Nowym Rokiem.
A tymczasem miłego czytania i proszę jeśli już pofatygowaliście się o przeczytanie moich wypocin, napiszcie czy Wam się podoba. Komentarze zawsze niezwykle motywują.
Pozdrawiam serdecznie Fiolka :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)